Książki podczas doktoratu

3 książki do przeczytania w trakcie doktoratu

Doktorat sam w sobie wiąże się z takimi ilościami czasu poświęcanymi na czytanie (czyichś lub własnych produkcji tekstów), że mówienie o dodatkowej porcji czytania przychodzi jakoś niełatwo ;) Ale oprócz tekstów zawierających abstract-conclusions-and-discussion człowiek potrzebuje od czasu do czasu normalnej literatury, co nie? Albo czegoś, co nadaje się do czytania w tramwaju bez dziwnych spojrzeń pasażerów z boku*. Jakie trzy książki mniej lub bardziej luźno związane z nauką mogą się Wam spodobać?

*A propos, nie czytajcie tekstów naukowych w samolocie, grozi opóźnieniami: LINK).

1. „Pan raczy żartować, panie Feynman”, R. Feynman

Feynman

Historia jednego z bardziej znanych fizyków-noblistów, urzeka mnóstwem anegdot. Zastanawialiście się na przykład kiedyś, jak nobliści postrzegają konferencje, w których uczestniczą? Feynman miał tak:

Konferencja nic mi nie daje. Niczego się nie uczę. Ponieważ nie robią żadnych doświadczeń, dziedzina ta jest martwa, więc zajmuje się nią niewielu spośród najlepszych. Skutek jest taki, że jest tu mnóstwo tumanów (126), co nie wpływa korzystnie na moje ciśnienie: wygaduje się tu takie brednie i z powagą omawia tak idiotyczne tematy, że poza oficjalnymi sesjami wdaję się w sprzeczki (powiedzmy, w czasie lunchu), ilekroć ktoś zada mi jakieś pytanie albo zaczyna opowiadać o swojej „pracy”. Ta „praca” jest zwykle:

  1. kompletnie niezrozumiała,
  2. niejasna i ogólnikowa,
  3. poprawna na jasny i oczywisty temat, ale poparta niesłychanie długą i skomplikowaną analizą i przedstawiana jako ważne odkrycie,
  4. opartym na głupocie autora twierdzeniem, że jakiś oczywisty i poprawnie zinterpretowany fakt, od lat przyjęty za pewnik, jest w rzeczywistości błędny (ci są najgorsi; żaden argument nie przekona idioty),
  5. próbą dokonania czegoś niekoniecznie niemożliwego, lecz z pewnością bezużytecznego, która, jak okazuje się na koniec, rzeczywiście jest nieudana (pojawia się deser i zostaje skonsumowany), lub
  6. jest całkowicie błędna.

[…] Nie chodzi o to, że temat jest mało przystępny; chodzi o to, że wszyscy rzeczywiście dobrzy zajmują się czymś innym. Przypomnij mi, żebym nie jeździł na żadne konferencje na temat grawitacji! /fragment listu do żony

I jeszcze jeden:

Dzięki nauce potrafimy wyobrazić sobie rzeczy nieskończenie bardziej cudowne niż poeci i marzyciele z przeszłości. Na przykład my wszyscy, z tego połowa do góry nogami, dzięki tajemniczemu przyciąganiu trzymamy się na powierzchni wirującej kuli, która od miliardów lat kołysze się w kosmosie – o ile bardziej niezwykły jest ten fakt niż podróżowanie na grzbiecie słonia stojącego na żółwiu, który pływa w morzu bez dna.

A dla chętnych druga część, „A co ciebie obchodzi co myślą inni?”

2. „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna”, M. Urbanek

Genialni

Świetnie napisany zbiór historii polskich matematyków, którzy tworzyli przed wojną we Lwowie – ale spokojnie, nie trzeba mieć pojęcia o matematyce, żeby zaczynać lekturę :) Czyta się lekko i przyjemnie, chociaż treść nie zawsze taka jest. Urbanek potrafi wyjątkowo zręcznie przeplatać wydarzenia z życia poszczególnych osób i łączyć historie we wspólny bieg. Pokazuje współpracę starszych z młodszymi i jakąś taką jedność naukowców w tamtych czasach… Albo w tamtym mieście?

Warto też zobaczyć, jak wiele rzeczy, które z zewnątrz mogą wydawać się dokładnie zaplanowanymi elementami kariery, tak w zasadzie jest kwestią przypadku. A na dokładkę dostajemy przepis jak zostać profesorem bez konieczności pisania doktoratu (na przykładzie Stefana Banacha), może się przydać, co nie? ;)

No i kilka różnic pomiędzy krajami, do których ze Lwowa wyjeżdzali matematycy:

  • Z USA:

    W Harvardzie zdumiewało go, że wstający od posiłku profesorowie głośno oznajmiali: „Przepraszam, muszę zabrać się do pracy!”. Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że to wpływ purytańskiego przekonania o konieczności ciężkiej pracy, a przynajmniej poczucia, że należy sprawiać wrażenie nieustannie zajętego. Zupełnie inaczej niż w Polsce, pisał, gdzie nawet jeśli ktoś pracował całą noc jak szalony, to następnego dnia i tak twierdził, że właściwie to nic nie robił.

  • I ze Szwajcarii:

    Jesienią 1938 roku Steinhaus pojechał na kongres matematyczny w Genewie, na którym miał wygłosić odczyt. To była nobilitacja. Do Genewy co roku zapraszano najwybitniejszych uczonych z całego świata, za każdym razem specjalistów w innej dziedzinie. Finansował ich spotkania tajemniczy milioner, którego nazwiska nigdy nie ujawniono. Ale największym zaskoczeniem dla matematyka ze Lwowa było, że są miejsca na świecie, gdzie można zostawić na ulicy płaszcz, a nawet teczkę i nikt ich nie ukradnie. Że bankowy kredyt jest oprocentowany kilkakrotnie niżej niż w Polsce, a w dodatku nie trzeba żyrantów, hipoteki ani weksli. Że w nocy na spóźnialskich czekają kosze z gazetami, obok których stoją pudełka na pieniądze; ludzie nie tylko płacą za zabierane pisma, ale nie biorą pieniędzy, które zostawili inni. Gdy przemawiał podczas bankietu kończącego kongres, powiedział, że to pudełko, z którego nie znikały pieniądze, zaimponowało mu najbardziej. Bardziej nawet niż Alpy, Jezioro Genewskie, bogactwo Szwajcarów i uroda miasta razem wzięte. „Ale o obywatelstwo szwajcarskie trudniej niż o pieniądze” – westchnął na koniec.

3. „Deep Work: Rules for Focused Success in a Distracted World”, C. Newport

DeepWork

I na koniec książka z serii „poradników”. To nie jest gatunek, który czytam często i z przyjemnością, a takie tytuły skutecznie potrafią mnie odstraszyć. Dlaczego w takim razie o Deep Work piszę w tym zestawieniu? Bo autor jest aktualnie (postdokiem na MIT) Assistant Professor of Computer Science na Georgetown University (na MIT obronił doktorat) i sposoby zarządzania swoim czasem i pracą, które opisuje, wydają się takie bliskie i faktycznie możliwe do wprowadzenia w życie, że nawet „amerykańskość” Deep Work tym razem nie odpycha. Poza tym nie chodzi w niej tylko o tzw. time management czy ogarnięcie umiejętności skreślania codziennie wszystkiego z listy ToDo. Cal Newport pisze o pracy, która wymaga skupienia i zaangażowania, i jest dla nas naprawdę ważna, a nie na odhaczaniu kolejnych, powierzchownych zadań. Moim zdaniem warto!

Testuję wdrażanie w życie i kiedyś może napiszę o niej więcej :) –> update: wpis już jest, dostępny tutaj: Deep Work – dlaczego koncentracja jest tak ważna.

PhD Books

Jeśli zastanawiasz się, co przeczytać, a co niekoniecznie będzie kolejnym artykułem czy streszczeniem konferencyjnym, wszystkie trzy powyższe książki możesz spokojnie przetestować. A może masz swoje propozycje, o które warto uzupełnić listę?

FacebookTwitterGoogle+Copy Link
  • Ania Matuszyńska

    Że ja Cię wcześniej nie znalazłam. W trakcie swojego doktoratu przeczytałam 2kę jednym tchem. A Feynmanna czytałam wykłady. Teraz muszę się zaopatrzyć w anegdoty

    • Dzięki Aniu! Feynman jest super, jak dla mnie pierwsza część trochę lepsza niż druga ;) A z tej całej trójki to ta trzecia najbardziej zmienia życie. Jest dłuższy opis na blogu też jak będziesz chcieć :)

  • Pierwsze dwie pozycje rewelacja. Czytało się je jednym tchem :) Pora na trzecią!

    • Miło słyszeć że Feynman i „Genialni” nie tylko u mnie są na must-liście :) powodzenia z „Deep Work”!